Recenzja: „Dawno temu na Mundialu. Czyli jak odkrywałem Amerykę”

Mistrz słowa, wirtuoz poetyckich wstępów do meczów. Ogłoszenie jego nazwiska w kadrze komentatorskiej na wielkie piłkarskie imprezy jest równie oczywiste, co powołanie Roberta Lewandowskiego do kadry reprezentacji Polski. Brak jednego bądź drugiego wywołałby niezadowolenie wśród wielu kibiców biało-czerwonych. Różnica między nimi jest jednak znacząca – ten pierwszy, a mowa oczywiście o Jacku Laskowskim, ma większe szanse na udział w finale Mistrzostw Świata.

Zamiast sali operacyjnej – budka komentatorska

Gdybym w ślad za naszym dzisiejszym bohaterem miała rozwinąć ten wstęp do felietonu, to wyszłoby (i w zasadzie wyszło) coś takiego: poliglota, który sam siebie popychał do nauki, z zawodu lekarz, który potrafił niezwykle trudne studia medyczne pogodzić z uczestniczeniem (jeszcze jako kibic przed telewizorem) we wszystkich wielkich imprezach sportowych. Nie opuścił żadnego meczu. Robił notatki. Obudzony w środku nocy znał składy nawet najbardziej egzotycznych reprezentacji. Sędzia siatkarski. A do tego wszystkiego meloman, który słuchał, z mojego punktu widzenia, naprawdę dobrej muzyki.

I wiem to wszystko dzięki jego książce. Wydana przez Wydawnictwo Emocje Plus Minus historia „Dawno temu na mundialu, czyli jak odkrywałem Amerykę” to wspaniała podróż do Mistrzostw Świata w 1994 roku, które – podobnie jak dziś – odbywały się w Stanach Zjednoczonych (tegoroczny turniej współorganizowany jest oczywiście z Meksykiem i Kanadą). To było oczywiste, że książka będzie świetna. W końcu mamy do czynienia z mistrzem słowa, tak mówionego, jak i pisanego. Pure pleasure.

Gdy wszystko zdarzyło się po raz pierwszy

Mundial 1994 to turniej pierwszych razów. Laskowski pierwszy raz pojechał w roli komentatora na MŚ, pierwszy raz w swojej karierze skomentował mecz wielkiej Brazylii, Bebeto pierwszy raz w historii futbolu wykonał po strzeleniu gola cieszynkę z kołyską (co znaczyło, że spodziewa się dziecka). Po raz pierwszy o zwycięzcy mistrzostw świata zadecydowała seria rzutów karnych.

Laskowski opisuje swoje pierwsze zderzenia z Ameryką i zastaną tam pogodą, z pierwszą wizytą w IBC, pierwszą wypitą kawą i odwiedzoną restauracją. Eksplorujemy USA nie tylko od strony futbolowej, ale także kulturowej. Wspaniała przygoda. I szkoda tylko, że na etapie korekty lub łamania tekstu przeoczono defekty techniczne, bo w kilku miejscach dwa zdania łączą się nielogicznie w jedno. No takich rzeczy to się Panu Jackowi nie robi. Wierzę jednak, że dodruk będzie już alright.

Kwintesencja lat cudownych lat 90.

Jest jedna rzecz, odnośnie do której nie zgadzam się z Jackiem. Mniej więcej w połowie książki opowiada o „niezbyt stylowych” ciuchach, jakie w omawianej dekadzie przyszło mu nosić. Jacku! Jako przedstawicielka zacnego grona millenialsów pragnę wyrazić moje niezadowolenie wobec Twojej krytyki stylizacji lat 90.! Obszerne t-shity, włożone w spodnie z wysokim stanem, długie skarpety… to według mnie i mojego pokolenia najlepsze, najbardziej ponadczasowe outfity wszechczasów!

Poza tą włożoną z przymrużeniem oka szpileczką, nie jestem w stanie przyczepić się do czegokolwiek. Z przyjemnością przeniosłam się w czasie do Stanów Zjednoczonych sentymentalnych lat 90. (połączenie idealne), kiedy życie było jakieś takie inne, lepsze. Co ja tam mogę wiedzieć, powiecie, skoro urodziłam się w 1992 roku i przeżywałam wtedy najbardziej beztroskie lata dzieciństwa… No cóż, wiem sporo.

Więcej, niż futbol

A po lekturze „Dawno temu na mundialu” wiem jeszcze więcej. Że słynny amerykański sen wcale nie był tak egzotyczny, jak mogliśmy się spodziewać (rozbawiły mnie historie z basenem i hotelowymi billingami). Że komentowanie meczów – mimo iż dostęp do źródeł informacji o zawodnikach i drużynach był o wiele bardziej ograniczony, niż jest dziś – było lepsze (nie zdradzę, dlaczego). Że opieranie diety na fast foodach, które w Polsce w latach 90. dopiero zaczynały swoją ekspansję, wcale nie było takie fajne.

I teraz odważna opinia. Wiem, że „Dawno temu na mundialu” nie jest stricte autobiografią Jacka Laskowskiego, ale gdybym miała zakwalifikować ją do tej kategorii, to uznałabym, że jest lepsza od autobiografii Dariusza Szpakowskiego. Kurtyna. Chętnie wymienię się spostrzeżeniami z kimś, kto też ma już na swoim czytelniczym koncie odhaczone obie pozycje. Obie szczerze polecam.

Współpraca barterowa: Wydawnictwo Emocje Plus Minus.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Amanda, blogerka. Piszę felietony sportowe, recenzuję książki, komentuję bieżące wydarzenia z piłkarskiego świata i zapraszam do wspólnej dyskusji. :-)

Let’s connect