Kontrowersyjny. Nudny. Przewidywalny. Ratujący honor futbolu. Tak określiłabym kolejno minione ćwierćfinałowe starcia europejskich drużyn na rozgrywanym w Niemczech turnieju. Być może wynika to ze zmęczenia długim sezonem, a może z defensywnej taktyki nastawionej na utrzymanie czystego konta – bez względu na przyczynę, dawno na wielkiej imprezie nie mieliśmy tak niewyraźnej ¼ finału.
Nie trzeba cofać się daleko – ostatnie Mistrzostwa Europy przyniosły o wiele więcej bramek na tym samym etapie fazy pucharowej. Anglicy rozprawili się z ówczesnym czarnym koniem, prowadzoną przez Andrija Szewczenkę Ukrainą 4:0, Szwajcarzy ulegli Hiszpanom w rzutach karnych, Belgia przegrała z ostatecznym triumfatorem ME, Włochami, 2:1, a starcie Danii z Czechami zakończyło się takim samym wynikiem. Uwzględniając tylko regulaminowy czas gry, w czterech meczach oglądaliśmy 12 bramek. W ubiegły piątek i sobotę zobaczyliśmy w tym samym czasie łącznie 7 bramek, plus jedną, zwycięską, ale w dogrywce.
Kontrowersyjny
Miało być piękne pożegnanie Toniego Kroosa, a mogło być haniebne i zakończone już w pierwszej połowie. Zasłużony dla reprezentacji Niemiec zawodnik został na boisku do końca spotkania tylko dlatego, że sędzia Anthony Tylor 1) albo zdawał sobie sprawę, że to ostatni mecz Kroosa i był pobłażliwy, 2) albo nie widział brutalnego faulu na Pedrim, który ostatecznie musiał opuścić boisko już w 8. minucie, 3) albo sprzedał mecz. Oczywiście to ostatnie wykluczam, ale rzeczywiście ciężko zrozumieć niektóre decyzje podejmowane przez angielskiego arbitra. Ja się na jego temat nie powinnam za bardzo wypowiadać, bo go po prostu nie lubię. Bo on nie lubi Chelsea.
Okej, droczę się, ale obiektywnie rzecz biorąc, nie był to dobry mecz w wykonaniu całego sędziowskiego składu. Kontrowersyjna ręka w polu karnym Marka Cucurelli nie schodzi z ust ekspertów i kibiców reprezentacji Niemiec i zmusza nas do refleksji nad interpretacją, czyli mówiąc kolokwialnie – moralnym kodeksem postępowania arbitrów. Bo koniec końców, to do nich należy ostatnie słowo, tudzież ostatni gwizdek. A może warto pochylić się nad przepisami prawa? Czy ręka nie powinna być ręką? Bez względu na to, czy jest uniesiona, opuszczona, wykrzywiona, czy przy ciele?
Skręcenie więzadła pobocznego – oto diagnoza lekarzy po wejściu Kroosa w Pedri’ego. Czy do takiej kontuzji mogłoby dojść, gdyby przewinienie było lekkie, albo czysto w piłkę? Młody gwiazdor La Furia Roja nie zagra już na Euro, a cały proces leczenia prawdopodobnie potrwa nawet do półtora miesiąca. Kroos też już na Euro nie zagra, ale bynajmniej nie z powodu kontuzji. Niemcy odpadli w dogrywce, a zwycięskiego gola dla Hiszpanów na wagę awansu do ½ finału ME strzelił w 119. minucie Mikel Merino. Tak naprawdę z wielkich faworytów tylko Hiszpania trzyma dobry poziom i znając już wszystkich półfinalistów uważam, że to właśnie podopieczni Luisa de la Fuente powinni sięgnąć po puchar Henri’ego Delaunay’a.
Nudny
Portugalia-Francja. Kiedyś moglibyśmy nazwać taki mecz małym finałem, dziś jednak spodziewaliśmy się flaków z olejem. I cóż… oczekiwania spełnione. Z jednej strony drużyna, która w 1/8 finału wymęczyła zwycięstwo ze Słowenią po bezbramkowych 120 minutach, z drugiej strony drużyna, która na tym turnieju jeszcze nie strzeliła żadnego gola z gry. Samobóje Austriaków i Belgów oraz karny z Polską to całkowity dorobek strzelecki drużyny Didiera Dechampsa. Boże, jak słabo. I to oni będą mierzyć się z najlepszą, jak do tej pory, Hiszpanią.
Jeżeli Francuzi nie wzniosą 14 lipca pucharu Mistrzostw Europy, to będzie to prawdopodobnie najbardziej traumatyczny turniej dla Kyliana Mbappe. Słaba postawa całej ekipy, tylko jeden strzelony gol i złamany nos, z którym przyszło mu grać w kolejnych meczach to obraz nędzy i rozpaczy. W starciu z Portugalczykami sam poprosił o zmianę w dogrywce, bo nie czuł się już na siłach grać do końca. Francja nie przypomina tej, która zdobyła srebrny medal Mistrzostw Świata w Katarze, ale i tak zagra w meczu o finał ME. To odzwierciedla poziom całego turnieju.
Dla Portugalii piątkowy wieczór był podwójnie smutny, bo nie tylko odpadli w rzutach karnych, ale także pożegnali dwóch wielkich reprezentantów – Pepe i Cristiano Ronaldo, dla których były to ostatnie Mistrzostwa Europy. A Mundial? O ile pierwszy raczej już tam nie zagra, o tyle ambicja, determinacja i ciężka praca tego drugiego może go jeszcze do Ameryki ponieść. I tu prowadzone są zacięte dyskusje, czy Portugalia rzeczywiście potrzebuje jeszcze CR7, czy może 39-latek bardziej szkodzi i przeszkadza Nawigatorom w osiąganiu sukcesów? Ronaldo nie wypada ściągać z boiska w trakcie spotkania, a może czasem warto byłoby jednak dać szansę na znalezienie jego następcy (patrz: Goncalo Ramos)?
Przewidywalny
Już nikt nie wierzy w to, że Anglicy zaczną grać finezyjny futbol. Wiecie, jak Synowie Albionu rozgrywają rzuty rożne? Z podaniem do bramkarza. Okej, nie rzuty rożne, tylko rzut rożny, ale jeśli znajdziecie w Internecie skrót tego rozegrania z meczu przeciwko Szwajcarom, to będzie to idealnym podsumowaniem wszystkich występów Anglików na tegorocznym Euro. Są senni, my przed telewizorami też jesteśmy senni… Są zmęczeni sezonem i my też jesteśmy zmęczeni oglądaniem takiego futbolu. I ja wszystko rozumiem – Anglicy wymyślili ten sport, ale gdy tylko dotarł do innych krajów, na Bałkany, do Ameryki Południowej, od razu okazało się, że można to robić inaczej. Finezyjniej, ofensywniej, odważniej.
Żałuję, że Szwajcaria nie utrzymała do końca jednobramkowego prowadzenia, aczkolwiek wyrównujący gol Bukayo Saki brzydki nie był. Z jednej strony karne to loteria, ale z drugiej – no cóż, też trzeba umieć je strzelać. I bronić. I tu Jordan Pickford, wybijając strzał Manuela Akanji’ego, który jako pierwszy podszedł do piłki na wapnie, dał Anglikom luz i przewagę już na początku serii jedenastek. Ewidentnie podopieczni Garetha Southgate’a nastawiali się na rozstrzygnięcie spotkania po 120 minutach, bo na bidonie bramkarza Evertonu widniała ściąga z nazwiskami szwajcarskich piłkarzy i instrukcją, w którą stronę strzelają karne. Wow.
Broniący honoru futbolu
Właściwie powinnam podkreślić: broniący honoru europejskiego futbolu, bo patrząc na rozgrywane w tym samym czasie Mistrzostwa Copa America, tam gra jest zupełnie inna. Pomijam fakt, że drużyny grają tam na mniejszych boiskach, gdzie rozgrywanie akcji jest przez to dużo trudniejsze, jest większy tłok, problem w wyrwaniu się obrońcom spod krycia, a jednak mimo to pada tam więcej bramek, niż na Euro. Pojedynek Holendrów z Turkami okazał się jedynym, który do wyłonienia zwycięscy nie potrzebował dogrywki lub rzutów karnych. I choć to Turcja wyszła na prowadzenie jako pierwsza, Holandia zagrała solidnie i koniec końców – skutecznie.
Najbardziej niepocieszonym zawodnikiem jest dziś na pewno Mert Muldur, bo to jemu przypisany został gol samobójczy, dający rywalom awans do gry o finał ME. Tegoroczna impreza to festiwal samobójów, w samej fazie grupowej padło ich aż siedem, ale to daje duże pole do zastanowienia się nad definicją takiego gola i czy rzeczywiście każdy rykoszet powinniśmy zapisywać na konto tego, który ostatni dotknął piłki? To trochę niszczy ten sport. Dlaczego piękne trafienie z 20 metrów ma zostać zaliczone na haniebnym koncie obrońcy, który nie popełniając żadnego błędu, stanie na linii strzału a piłka raptem muśnie nogawkę jego spodenek? Czy za gol samobójczy nie powinniśmy uznawać jedynie ewidentnego wpakowania piłki do swojej bramki? Uefo, podrzucam temat do dyskusji.
Przed nami dwa mecze półfinałowe – Hiszpania-Francja i Anglia-Holandia. Każdy scenariusz jest realny, dlatego w finale Euro 2024 możemy spodziewać się albo nudnego angielskiego autobusu, do którego nawet nie będą próbować wsiadać Francuzi, albo energicznej odmiany hiszpańskiej tiki taki, w którą pograją nie tylko sami Hiszpanie, ale i Holendrzy. A może los jeszcze inaczej pokrzyżuje piłkarskie ścieżki i w ostatnim meczu zobaczymy Hiszpanów z Anglikami, albo Francuzów z Holendrami? Z naszego, kibicowskiego punktu widzenia, najważniejsze jest to, aby było dużo emocji. Bo skoro Polska nie gra w finale, to niech się chociaż w końcu coś dzieje!











Skomentuj