Oddzielić sport od bieżących spraw – trudno. Jako internacjolog z wykształcenia wolę nie wypowiadać się na temat obecnej sytuacji publicznie, wchodzić w dyskusje z osobami, które stały się w ostatnim tygodniu ekspertami bezpieczeństwa globalnego, dyplomacji i prognozowania międzynarodowego. Co mogę i chcę powiedzieć, to że po raz pierwszy od wielu lat nie wstydzę się za swój rząd. Putin, pośrednio, zjednoczył Polaków, wielka szkoda, że potrzebne były do tego tak bestialskie i brutalne okoliczności. Jestem dumna z naszej obywatelskiej postawy i chęci niesienia pomocy – nawet tej symbolicznej. Będąc sercem z naszym sąsiadem, trzymając kciuki za Ukrainę – przejdę, niezbyt płynnie, do futbolu.
O tym, jak świat sportu zareagował na agresję Putina, każdy z nas już doskonale wie. Wzruszające gesty kibiców, transparenty, manifesty zawodników na boiskach, żółto-niebieskie opaski kapitańskie. Do akcji przyłączają się nawet sędziowie Premier League, którzy w geście solidarności nie będą w najbliższych kolejkach pokazywać żółtych kartek za nieprzepisowe celebracje po zdobytych golach, jeśli będą one dotyczyły sytuacji na Ukrainie. Sport, mimo iż co do zasady opiera się na fundamencie walki i rywalizacji, powinien łączyć, a nie dzielić. Dziś każdy na swój sposób manifestuje swoją solidarność z Ukrainą, zrobił to też Roman Abramowicz, dla którego ostatnie dni nie należą do przyjemnych.
Decydując się na sprzedaż Chelsea – co było oczywistym i jedynym słusznym rozwiązaniem w obecnej sytuacji – zapowiedział przekazanie zebranych przez Fundację CFC środków na pomoc ofiarom wojny na Ukrainie. Niestety, sytuacja „w kuchni” Chelsea odbija się na atmosferze wokół samego Stamford Bridge, na kibicach, piłkarzach i trenerze, który nagminnie wypytywany jest o swoje polityczne stanowisko w sprawie. Do tego fala internetowego hejtu, który zawsze podkręca temperaturę. Zarzucanie Chelsea, że jest dobra, bo ma mnóstwo kasy od Romana, to mocno wyświechtany argument, który w obecnych czasach już dawno stał się bezpodstawny. Przypomnę, że żyjemy w czasach, gdzie futbol to biznes, spełnianie zachcianek bogaczy lokujących swój kapitał w marketingowo opłacalnych klubach. Co amerykańskie rodziny lub arabscy szejkowie wiedzą o piłce nożnej? Tyle, co przeciętny Kowalski, który czasem pomądrzy się przy piwie w trakcie Ligi Mistrzów. Amerykańskie rodziny i arabscy szejkowie znają się za to na interesach. Właściciele klubów nie grają w piłkę, tylko nadzorują i zarządzają tymi, którzy prowadzą klub na co dzień. Za wielkimi transferami stoją wielcy biznesmeni, a za wielkimi biznesmenami fachowi negocjatorzy i doradcy, angażujący się w sprawy personalne od zaplecza aż po sam boiskowy świecznik. Abramowicz był tym, który wiedział, jak ze swoimi ludźmi rozmawiać.
Większość niezorientowanych widzi jednak wyłącznie oligarchę z rosyjskim kapitałem, który dorobił się fortuny na interesach z P. Spieszę donieść, że na interesach z P. lub jego watażkami dorobiło się o wiele więcej osób z polityki, gospodarki i (show)biznesu. Zresztą, nie sposób jest kupić największe piłkarskie nazwiska i ściągnąć je np. do Paris Saint-Germain, Manchesteru City, czy Chelsea. Istotne jest trzymanie wysokiego piłkarskiego poziomu i wypracowanie realnych zysków dzięki dobrze zarządzającemu managementowi. Prawda jest taka, że od wielu lat Chelsea zarabia na siebie sama. Wprowadzenie pierwszorzędnej polityki transferowej na zasadzie „taniej kupię, drożej sprzedam” pozwala klubowi na generowanie wysokich zysków, ale tu niestety pojawia się kolejny „problem” w osobie Mariny. Marina Granovskaia to rosyjska prawa ręka Romana, której dni w roli dyrektor Chelsea również są już policzone.
Jeśli ktoś rzetelnie śledzi historię 19 lat zarządzania klubem ze Stamford Bridge wie doskonale, że Abramowicz nigdy nie był kolejnym panem w garniturze, siedzącym formalistycznie i bez emocji na trybunie VIP. Był zawsze zaangażowany i zainteresowany. Wypracował sobie szacunek kibiców, piłkarzy, kolejnych sztabów trenerskich. Dziś prosi o ten ostatni mecz, ostatnie spotkanie przy Fulham Road, po którym mógłby pożegnać się i podziękować za wszystkie wspólne lata.
Proces przejęcia Chelsea, wycenionej na 4 miliardy funtów, nie będzie szybką transakcją. Dobrze wiemy, jak długo trwają negocjacje dotyczące poszczególnych piłkarzy w okienkach transferowych. Dziś mówimy o całej drużynie, będącej obecnie numerem jeden na świecie (Liga Mistrzów, Superpuchar UEFA, Klubowe Mistrzostwa Świata, najlepsza drużyna według FIFA i UEFA). Pod skrzydłami Abramowicza The Blues zdobyli wszystkie możliwe do zdobycia puchary. Przekazanie Chelsea będzie na pewno przemyślanym trzy razy ruchem, który ostatecznie przypieczętuje zwierzchnictwo nowemu inwestorowi. Niewykluczone, że w umowie sprzedaży (jakkolwiek będzie się ona ostatecznie nazywała) pojawi się furtka, przez którą Abramowicz będzie mógł kiedyś powrócić na Stamford Bridge. Póki co, absolutnie nie ma na to zgody.
Rosjanie muszą dźwigać dziś putinowski krzyż i ponosić konsekwencje wieloletniego hodowania kremlowskiego dyktatora, przez którego kariera niejednego rosyjskiego sportowca staje właśnie pod znakiem zapytania. Czym jednak są sportowe zmagania (lub ich brak) w obliczu wojny? O wojnie jednak dalej mówić nie będę, ale za to zaproponuję dwie interesujące lektury na wolne wieczory: „Futbonomia” Simona Kupera i Stefana Szymańskiego oraz mniej futbolowo: „Następne 100 lat” politologa George’a Friedmana, którego, mam nadzieję, pamiętają moi koledzy ze studiów.
Photo source: money.pl.











Skomentuj