Fernando Torres to żywa legenda Atletico Madryt. I nie jest to stwierdzenie na wyrost, choć jego klubowe osiągnięcia niekoniecznie na to wskazują. To w tej drużynie rozpoczynał swoją profesjonalną przygodę jeszcze jako nastolatek i to do tej drużyny wracał dwukrotnie w trakcie całej swojej kariery. Teraz powrócił po raz trzeci, ale tym razem w nowej roli – trenera kadry U19.
Są tacy zawodnicy, których lubimy nie tylko za umiejętności boiskowe. Sadio Mane rozczula budowaniem szkół w swojej rodzinnej, senegalskiej miejscowości, Davida Beckhama cenimy za klasę, szyk i elegancję, N’golo Kante uwielbiamy za czarujący, niewinny uśmiech. Nawet nasz Sławek Peszko to dusza towarzystwa, którą każdy chciałby mieć na swojej domówce. Fernando Torres urzekł kibiców Atleti zdradzając, że w dzieciństwie miał odwagę przyznać się do kibicowania Atletico będąc w klasie, w której 23 na 24 chłopców sympatyzowało z Realem Madryt. Tak się skrada serca, tak się zostaje prawdziwym idolem.
Fernando przez wszystkie lata gry dla różnych klubów zawsze i tak wiązany był z Los Colchoneros. Podobnie jak jego były klubowy kolega Eden Hazard. Po przejściu z Chelsea do drużyny Królewskich kibice The Blues wciąż wierzą, że Belg wróci do Londynu – do domu. Eden nawet nie próbuje zaprzeczać. Zapewnia, że ma jeszcze wiele do pokazania w Realu, niemniej jego sympatii i tęsknoty za Niebieskimi nie potrafi skutecznie ukryć. Do absurdalnej skali urosła sytuacja po jednym z półfinałowych meczów Ligi Mistrzów, gdzie po spotkaniu Eden podszedł do byłych klubowych kolegów ciesząc się i śmiejąc razem z nimi. W środowisku kibicowskim zawrzało, fani Los Blancos mieli mu za złe pomeczową postawę i – uwaga – zdradę. W odpowiedzi Hazard wydał na Instagramie oficjalne oświadczenie, w którym wyraził skruchę i przeprosił urażonych madryckich kibiców. Takie sytuacje oczywiście nie powinny mieć miejsca i mam tu na myśli zachowanie kibiców – piłkarze to przecież tak naprawdę zwykli ludzie, którzy również zawierają pozaklubowe znajomości i przyjaźnie.
Grając dla Liverpoolu Torres również budził skrajne emocje – od zachwytów i uwielbienia aż po smutek i żal, gdy zdecydował się opuścić Anfield Road i zasilić szeregi londyńskiej Chelsea. Okres gry w północnej Anglii to czas świetności i sukcesów, Fernando pobił wówczas rekord transferowy – pozyskanie gwiazdy Atletico kosztowało włodarzy Liverpoolu ponad 26 milionów funtów (w 2007 roku taka kwota robiła naprawdę duże wrażenie). El Nino był w swojej szczytowej formie, grając w Atleti nie schodził z poziomu dwucyfrowej liczby strzelonych bramek i kwestią czasu było, aż trafi do większego klubu, nakierowanego na zdobywanie nie tylko krajowych, ale również europejskich trofeów. Dla Liverpoolu pozyskanie utalentowanego i skutecznego napastnika było także strzałem w… dziewiątkę. Torres udźwignął presję numeru 9 na koszulce, a najlepszą oceną jego gry było powstanie Torresomanii. Kibice oszaleli na punkcie hiszpańskiego chłopaka z madryckiej Fuenlabrady. Swoboda gry i skuteczność, jaką prezentował, były imponujące. Zdobywał dużo bramek, a z tego napastnicy grający na jego pozycji są rozliczani.
Sam zawodnik czuł się w Liverpoolu znakomicie. W wyprodukowanym przez Netflix filmie dokumentalnym z 2020 roku porównał atmosferę panującą na Anfield z tą ze Stamford Bridge – Londyn był dla niego chłodniejszy i mniej rodzinny. Niemniej wielka maszyna, którą budował Roman Abramowicz, miała wówczas większe szanse na osiąganie wysokich rezultatów, niż gotowy do sprzedaży Liverpool, który potrzebował czasu na stworzenie zwycięskiej drużyny – El Nino tego czasu nie mógł tracić. Przeszedł do Chelsea z pełną świadomością, nastawiony na zdobywanie pucharów. To, czego oczekiwał, spełniło się. Wygrał z The Blues Ligę Mistrzów, Ligę Europy i Puchar Anglii. Po Londynie zostały mu na pamiątkę trzy tytuły, po Liverpoolu – przyjemne wspomnienia – przynajmniej te z ery gry dla klubu.
I znowu muszę odnieść się do postawy kibiców, tym razem The Reds. Informacja o transferze do jednego z największych klubowych rywali Premier League rozdrażniła fanów Liverpoolu, którzy szybko zapomnieli o Torresomanii i zaczęli publicznie palić koszulki z numerem 9. W pewnych momentach trzeba zrozumieć, że piłka nożna to nie tylko rozrywka dla milionów ludzi przed telewizorami, ale także ciężka praca i sposób na życie dla piłkarzy, trenerów, całych sztabów. Przejście do silniejszego w danym okresie klubu należy traktować raczej jako awans, chęć rozwoju i osiągania lepszych wyników, a nie zdradę i sprzeniewierzenie się kibicom. „Ten kto nas zdradzi, zawsze będzie szedł sam” – takimi transparentami próbowano zwrócić uwagę swojego (byłego) idola. A tak niewiele wcześniej śpiewali mu przecież „You’ll never walk alone”.
Nie chcąc mierzyć wszystkich kibiców jedną miarą trzeba przyznać, że byli też tacy, którzy wierzyli i mocno liczyli na powrót El Nino na Anfield. Po grze w Chelsea, wypożyczeniu w Milanie oraz przygodzie w Japonii wiadomym było, że Torres wróci. Pytanie tylko – gdzie? Jego serce okazało się jednak bardziej biało-czerwone, niż czerwone. Dla Rojiblancos rozegrał w swoim życiu więcej meczów niż dla Chelsea i Liverpoolu razem wziętych. W 351 meczach zdobył 121 bramek. To w Madrycie się wychowywał, dorastał i to tu zostawił swoje serce. O powrocie do Atletico mówił już we wrześniu 2020 roku, czyli rok po oficjalnym zakończeniu kariery jako piłkarz. Kibice Los Colchoneros po cichu liczyli na to, że znowu zobaczą El Nino na murawie, jednak sam gwiazdor zdecydował o zasileniu szeregów trenerskich przyznając, że chciałby wrócić w roli, w której przyniesie drużynie najwięcej korzyści.
Fernando zaczął przygotowywać się do swojej nowej roli od razu po powrocie z Japonii. Chcąc nabyć odpowiedniego doświadczenia do pełnienia funkcji trenera Juvenil A spędził sporo czasu pracując z różnymi sekcjami wiekowymi, poznając metodologię klubu oraz codzienne funkcjonowanie sztabów trenerskich. Pracował także z drużyną rezerw Atletico, a do jego zadań należało wspomaganie Nacho Fernandeza, m.in. poprzez udzielanie zawodnikom wskazówek z własnego, bogatego doświadczenia. W sezonie 2020/21 asystował Manolo Cano, pierwszemu trenerowi drużyny do lat 19, z którą wspólnie wywalczyli mistrzostwo kraju. Od przyszłego sezonu Fernando zastąpi dotychczasowego szkoleniowca i będzie starał się wraz z podopiecznymi obronić mistrzowski tytuł. Jestem dumny i szczęśliwy z powrotu do domu. Nadszedł czas, aby stawić czoła ekscytującemu wyzwaniu. Robię to, aby nadal służyć naszemu Atleti – napisał na swoim Twitterze.
A służy swojemu Atleti – z przerwami – od najmłodszych lat. Najpierw, jako wierny kibic, później ulubiony zawodnik. Z Los Colchoneros udało mu się zdobyć tylko jeden puchar, gdy w sezonie 2017/2018 podopieczni Diego Simeone zdecydowanie pokonali w finale Ligi Europy Olympique Marsylię 3:0. Torres znalazł się w statystykach tego spotkania, ale jego wkład w zwycięstwo był w zasadzie zerowy – trener wprowadził go na boisko w ostatniej minucie spotkania. Okres jego świetności w Atletico przypadł na lata 2002-2007, jeszcze w erze przed-angielskiej. Wówczas zdobywał bramki w prawie co drugim meczu, a biało-czerwona część Madrytu oszalała na jego punkcie. W roli trenera, to pewne, zdobędzie więcej trofeów, niż jako piłkarz. Ma już na swoim koncie wspomniany tytuł Mistrza Hiszpanii do lat 19, a to dopiero początek jego menadżerskiej przygody. Po ewentualnym odejściu Simeone, na co na razie się nie zanosi, naturalnym jego następcą będzie właśnie Torres. Wtedy, bogatszy o kolejne doświadczenia, będzie musiał zmierzyć się z wypełnieniem luki po jednym z najbardziej ekspresyjnych trenerów w La Liga. Ale Fernando lubi wyzwania. I za to ja lubię Fernando!
Photo source: rp.pl.











Skomentuj