W setną rocznicę wybudowania stadionu postanowiłam zwiedzić San Siro. Na Stadio Giuseppe Meazza miałam już okazję oglądać na żywo starcie AC Milan – AS Roma w zeszłym roku, ale tym razem sportowy fanatyzm i włoski temperament ustąpiły miejsca nostalgii i niemal mistycznemu uczuciu zadumy i podziwu dla tego historycznego obiektu.

Pierwszy mecz na San Siro rozegrany został 19 września 1926 roku między Interem Mediolan a AC Milan (6:3) ale to ta druga drużyna była wówczas wyłącznym gospodarzem obiektu. Dopiero w 1947 roku stał się on również domowym stadionem Nerazzurrich. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o szatnie obu drużyn, ta Interu nie umywa się do tej czerwono-czarnej…


Obecnie Stadio Giuseppe Meazza może pomieścić ponad 75 tysięcy widzów. Dlaczego Giuseppe Meazza? Bo Giuseppe Meazza to jedna z największych gwiazd włoskiego futbolu lat 30. XX wieku, zwycięzca mistrzostw świata z 1934 i 1938 roku. W swojej karierze grał zarówno dla Interu, jak i Milanu. Rok po śmierci Meazzy, w 1980 roku, właśnie w ten sposób postanowiono uczcić jego pamięć – nadając stadionowi jego imię. (A dlaczego San Siro? Bo stadion zbudowany został w dzielnicy o takiej samej nazwie. I w tej dzielnicy nocowałam w ostatnich dniach.)

Swoją obecną, charakterystyczną strukturę San Siro zawdzięcza kilku dużym rozbudowom. W latach 1987-1990, aby przygotować obiekt do rozgrywanych we Włoszech mistrzostw świata, potrzebna była m.in. dobudowa 11 cylindrycznych wież, które do dziś stanowią najbardziej rozpoznawalny, monumentalny element konstrukcji. Ich zadaniem jest podtrzymywanie części trybun oraz dachu, a ponadto pełnią rolę klatek komunikacyjnych.

Rzadko kiedy podczas stadionowej wycieczki dostaje się aż tyle wolnego czasu do spędzenia na trybunach i wokół murawy, jak na San Siro (a może ja tak po prostu trafiłam). Z reguły każdy punkt programu ma wojskowe tempo, przystanki na zrobienie zdjęcia są krótkie a przewodnicy mówią tak, jakby czytali wiadomości z trzykrotnie przyspieszonego promptera. Tym razem czas jakby się zatrzymał.

Nie wiem, czy to dlatego, że jestem zagorzałą kibicką, czy to dlatego, że San Siro naprawdę jest magiczne, ale podczas przebywania na tym pustym (i ogromnym!) obiekcie miałam ciarki i zaszklone oczy. Sto lat historii. Przetrwanie drugiej wojny światowej. A dziś przeciekający dach, czego mogłam doświadczyć w zeszłym roku podczas meczu, i widmo zburzenia, które zostało już przesądzone.

Na mistrzostwa Europy 2032 Stadio Giuseppe Meazza już nie będzie. Pozostanie tylko część konstrukcji, wkomponowana w nową przestrzeń komercyjną. Milan i Inter dostaną nowy dom, a jego budowa ma ruszyć w 2027 roku. Byłam za młoda aby przeżywać rozbiórkę Highbury w Londynie, ale kibice Arsenalu bardzo emocjonalnie podeszli do zmiany stadionu, który w 2006 roku został częściowo zburzony, a częściowo zaaranżowany w strukturze nowych apartamentowców. Mam jednak wrażenie, że zburzenie San Siro, bez względu na wymiar zagospodarowania jego „zgliszczy”, dużo bardziej spustoszy europejską architekturę piłkarską. Spieszcie się zwiedzać stadiony.











Skomentuj