Warszawski koszmar. Dlaczego Legia jest w dołku?

Liga Konferencji. 2:3 w Molde, 0:3 w rewanżu na Łazienkowskiej. Dwa, uważane za poważną wpadkę, remisy w Ekstraklasie – 1:1 z Puszczą Niepołomice oraz 3:3 z Koroną Kielce. Z tą samą Koroną, przez którą Legia Warszawa pod koniec ubiegłego roku odpadła również z Pucharu Polski po przegranej 2:1 w doliczonym czasie gry. Ale przecież niedawno udało im się wygrać z Aston Villą! No właśnie, udało im się. Dziś prawdopodobnie odnieśliby sromotną porażkę. Co się dzieje z Wojskowymi? Kogo winić za niepowodzenia?

Zacznę od Kacpra Tobiasza, bo od niego po prostu zacząć trzeba, a to dlatego, że polski goalkeeper zmaga się z ogromną falą hejtu ze strony… nie wiem, kibiców? Nazwanie kibicami autorów wulgarnych komentarzy i pogróżek (!) skierowanych nie tylko w zawodnika, ale również w jego rodzinę, to mocne nadużycie. Bestialstwo, często anonimowych, internautów nie zna granic. A wystarczy po prostu powiedzieć, że Tobiasz grał źle. Bo nie jest to przecież żadną tajemnicą, puszczane przez niego bramki oglądali zarówno fani na trybunach, jak i widzowie przed telewizorami. 21-latek jest kompletnie poza formą, a na horyzoncie brak zmiennika, który wyglądałby między słupkami lepiej.

Dominik Hładun, drugi bramkarz Warszawiaków, prezentuje poziom zbliżony do Tobiego. Średnia obronionych strzałów to 1,5 na mecz i choć jest to wynik odrobinę lepszy niż 1,05 legijnej „jedynki”, to i tak plasuje go bardzo nisko w rankingu wszystkich bramkarzy w Ekstraklasie – panowie zajmują kolejno 37. i 39. miejsce w zestawieniu. Statystyka absolutnie nie godna wielkiego stołecznego klubu, mającego aspiracje nie tylko na powrót do objęcia fotela lidera, ale także na regularną grę w międzynarodowych pucharach. Międzynarodowy został im już tylko język w szatni.  

Kosta Runjaic, po siedmiu latach w Polsce, nie zdążył nauczyć się jeszcze polskiego języka, a polska języka trudna, dlatego komunikuje się w zawodnikami prowadzonej przez siebie drużyny po angielsku. Czy problemem Legii jest niewłaściwa komunikacja? Może piłkarze mówią, że rozumieją, a tak naprawdę nie mają pojęcia, co werbalnie przekazuje im trener? Obejrzałam „Legia. Do końca” i nie wysunęłam takiego wniosku, a w ogólnym ujęciu klub został w tym mini-serialu ukazany w bardzo dobrym świetle (mimo iż panorama spotkań objętych tym dokumentem wcale nie ukazywała najlepszego sezonu w wykonaniu stołecznych). Nawet jeśli ostatnie niepowodzenia zespołu są winą trenera (oj, nie lubimy takich wniosków, nie lubimy), to 52-letni Niemiec posady tak prędko nie straci.

Ale niby dlaczego wspomniane niepowodzenia są winą trenera? Bo podejmuje błędne decyzje w kwestii wpuszczania zawodników na boisko. Jak złe musiały być jego wybory, skoro sam już w połowie pierwszego spotkania z Molde dokonał aż czterech zmian? A może winą trenera jest też brak nacisku na zatrzymanie w klubie Ernesta Muciego i Bartosza Slisza? Przecież wartość tego pierwszego, którego sprzedano za 10 milionów euro do tureckiego Besiktasu Stambul, nie spadłaby drastycznie na koniec sezonu, czy nie warto było zatem poczekać do letniego okienka transferowego?

Chyba trzeba się tu zgodzić z byłym prezesem PZPN, Zbigniewem Bońkiem, który twierdzi, że w Polsce wszyscy zawodnicy są na sprzedaż. W każdym momencie. Jakby siedzieli na sklepowych półkach z gotowymi metkami na czołach. Nie liczy się realna szansa na jak najdalsze dojście w europejskich pucharach, nie ma nastawienia na wygrywanie i osiąganie sukcesów, liczą się pieniądze, liczy się ich zarabianie. Przykra jest to prawda, ale taki model zarządzania panuje właśnie w Legii – więcej o modelach zarządzania klubami można przeczytać w „Futbonomii” Simona Kupera i Stefana Szymańskiego.

Póki co, Kosta Runjaic nie musi obawiać się o swoje stanowisko, bo na horyzoncie nie widać nawet jego realnego następcy. Teraz przyjdzie czas na chłodne spojrzenie na pozostały skład, na umiejętności, na możliwości, no boiskowe relacje, czas na obserwacje i w rezultacie pokazanie, że Legia wciąż jest jeszcze logicznie uzasadnionym kandydatem do powrotu na mistrzowski fotel. Uwaga i siły nie są już rozproszone między krajowe i europejskie podwórko, teraz skupione są tylko na lidze. Przydałyby się na pewno transfery DO a nie tylko Z, aby wypełnić luki po Mucim i Sliszu. Dziury w pomocy trzeba załatać nowym materiałem, a nie wypełniać kosztem innych formacji. Ba, kosztem formacji obronnej, która sama w sobie wymaga poprawy. Na pomeczowej konferencji po blamażu z Molde Runjaic obiecywał, że Legia wyjdzie z dołka, bo ma do tego przede wszystkim charakter. Kto zatem najsilniej tenże charakter kształtuje?

No jak to, kto, Josue. Kapitan. Pytanie tylko, czy pryncypialność Portugalczyka nie jest aż nadto ekspresyjna. Coraz częściej z legijnej szatni wypływają przecieki o zmęczeniu pozostałych zawodników jego dziarskością. Kapitan musi mieć charyzmę i przysłowiowe jaja, ale czasami siła wyrazu i temperament mogą przytłoczyć otoczenie. Josue jest wulgarny, pewny siebie, pełen pasji i zawziętości. To podręcznikowy lider, który nienawidzi przegrywać. Idealny kandydat na kapitana, prawda? Tyle tylko, że szala wagi trochę się już przechyla na niekorzyść Pesqueiry. – On jest narcyzem, który najlepiej czuje się ze sobą samym. Nie jest żadną tajemnicą w środowisku, że nie jest akceptowany w szatni przez resztę graczy i atmosfera wokół niego jest coraz bardziej gęsta ­– wyznał w wywiadzie dla Polsatu Sport Marek Jóźwiak, były zawodnik Legii.

Josue musiałby przeładować trochę wartości z prywatnego życia na to zawodowe. U niego ostre i łagodne cechy rozkładają się idealnie po równo – w domu jest wrażliwym i kochającym mężem, ojcem, na boisku twardym i zawziętym zawodnikiem. Może dobrze byłoby, gdyby trochę cech sprzed domowego kominka przenosił czasem do szatni – zdzieranie gardła na kolegów z drużyny może być motywujące, ale każdy lubi też być traktowany po prostu miło. Może właśnie z uwagi na tę permanentnie napiętą żyłkę chłopaki nie chodzą już normalnie, po ludzku, na piwo? O tym również mówił Marek Jóźwiak. Kiedyś, po przegranym spotkaniu, zawodnicy spotykali się, aby prywatnie obgadać popełnione błędy przy kuflu orzeźwiającej lemoniady, dziś jest zgoła inaczej – każdy zwija się jak najszybciej do domu, zostawiając w szatni niewyjaśnione problemy.

A tych Legia ma obecnie sporo. Wydaje się, że sama stwarza sobie dziś największe problemy, mając jednak równocześnie predyspozycje do ich pokonania. Ma wsparcie właściciela, Dariusza Mioduskiego i wciąż ma je jeszcze od swoich kibiców. Historia zna przypadki, kiedy to ci najbardziej zagorzali fanatycy wymierzali fizyczne (!) kary przegrywającym zawodnikom, ale mam nadzieję, że z takiej „rozrywki” powtórki nigdy nie będzie. Zresztą, zachowanie kibiców też generuje problemy, finansowe i wizerunkowe, ale do tych akurat Legia zdążyła przywyknąć.

Legia Warszawa powinna być naszą dumą i przedstawicielem europejskich rozgrywek na szczeblach wyższych, niż 1/16 finału „Pucharu Biedronki”, jak nazwał Ligę Konferencji Kamil Kosowski. W piłce ręcznej mamy Vive Kielce i Wisłę Płock, które systematycznie reprezentują Polskę w Lidze Mistrzów. W piłce nożnej trzymamy kciuki za Śląsk Wrocław czy Raków Częstochowa, tylko po to, żeby utrzeć nosa Legii i Lechowi Poznań, przy czym Raków nie ma nawet własnego stadionu spełniającego wymogi gry „na wysokim poziomie”. Legia musi wyjść z dołka i wrócić na szczyt, a uda jej się to przy odpowiednich inwestycjach i właściwym, nastawionym na sukces, zarządzaniu. Mniej czerwonych dywanów i nagrywania dokumentów o tym, jak Paweł Wszołek wraz z partnerką uczą się tańczyć, więcej skupienia i koncentracji na grze. Mniej reflektorów, więcej refleksji. Może ten sezon uda się jeszcze uratować. Legia, do końca!

Photo source: igol.pl.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Amanda, blogerka. Piszę felietony sportowe, recenzuję książki, komentuję bieżące wydarzenia z piłkarskiego świata i zapraszam do wspólnej dyskusji. :-)

Let’s connect